piątek, 2 września 2016

o fascynacji black metalem

Pierwszy raz spotkałem się z tym gatunkiem jeszcze będąc w szkole podstawowej. Starszy kolega przyniósł kasetę Immortal "Diabolical Fullmoon Misticism / Pure Holocaust" (wydanie łączone Metal Mind"a). Agresja, mrok, szatan, rytuał dźwiękowo i wizualnie dla wrażliwego chuderlaka, półsieroty to było niesamowite doświadczenie estetyczne. Negacja rzeczywistości i bunt przeciwko chrześcijaństwu rozpalał wyobraźnię. Z perspektywy czasu ciekawie się to wszystko zbiegło, właściwie mogę powiedzieć spokojnie, że trafiło na odpowiedni grunt. Ale z upływem lat świat się zmienia i zacząłem dostrzegać inne aspekty, które teraz wydają mi się dużo ciekawsze. Mam tu na myśli dziwną ścieżkę ewolucji niektórych zespołów np. Ulver - pierwszą płytą, którą usłyszałem było "Kveldssanger" następną "Perdition City" ogromny przeskok stylistyczny chyba najbardziej spektakularny. Tak jakby zupełnie inne grupy to nagrywały... niemniej po "Shadows Of The Sun" przestałem ich śledzić. I jeżeli Ulver to wciąż mutujący twór to mam wrażenie wiele projektów trochę wystraszyło się ewolucji a może zwyczajnie odbioru publiczności np. Mayhem - po doskonałym "Grand Declaration of War" starają/li się wrócić do korzeni. Trzecim moim ulubionym przykładem będzie Enslaved, który dla mnie był tym zespołem ze splitu z Emperor (hah) aż trafiłem na "Monumension"... płytę wyjątkową, która w sumie wywołała ten cały dzisiejszy słowotok, dopiętą konceptualnie robotę, kompozycyjną całość (podobnie do "GDoW" Mayhem). Niestety nie potrafili, a widać było starania, kontynuować tego wątku i starają się wrócić do swoich poprzednich brzmień. Szkoda.
Nie mogę nie wspomnieć o Burzum oraz Profanum ale nie będę się jakoś szczególnie na ich temat rozpisywał.
Tekst ten jest luźną dygresją tylko. nie miałem zamiaru dokonywać jakiejś spektakularnej analizy muzycznej ani wizerunkowej.

W ramach bonusu:
mroczny wizerunek Immortal (peterbeste.com)
Kazuo Ohno (1980)



środa, 17 sierpnia 2016

niedziela, 14 sierpnia 2016

piątek, 12 sierpnia 2016

Teatr zawsze był dla mnie zjawiskiem egzotycznym.. nawet bardziej niż Kukabury

Teatr zawsze był dla mnie zjawiskiem egzotycznym.. nawet bardziej niż Kukabury. Właściwie to była dla mnie nazwa budynku/ instytucji, która pomimo, iż z tradycjami (powstała zaraz po wyginięciu dinozaurów). Nigdy jakoś szczególnie nie była w centrum, a nawet na obrzeżach moich zainteresowań.
Tym większy uśmiech wywołuje fakt, że trafiłem w samo jego centrum. Tak dosłownie jako osoba z wewnątrz. Nie wiem jak to się stało. Ale nie o tym miało być.

W tym momencie (12.08.2016) odbywa się Scena Ulicy czyli festiwal teatru ulicznego. I to właśnie uczestnictwo w nim skłoniło mnie do napisania słów powyższych, ale też tekstu poniżej.

Jak wspomniałem we wstępie byłem bardzo nieteatralny i w jakież zdumienie wprawiły mnie występu dwóch teatrów: Biuro Podróży oraz Ósmego dnia. W pierwszym przypadku miałem odczynienia ze sztuką: "Silence", której otwierająca sekwencja już poruszyła coś wewnątrz mnie. Scena dosyć banalna: w akompaniamencie wystrzałów i spokojnej recytacji postać na szczudłach (śmierć) zdejmuje zasłonę z obiektu ukazując autobus wypełniony martwymi ludźmi. Porażająco dosłowne doświadczenie: temat wojny, ludobójstw, ucieczki z kraju, pojawianie się nowych prowadzących zawsze do tego samego punktu ideologii. Do tego klimat ogólnoświatowy jest jakby szklarnią dla rozwijającego się konfliktu.

Drugim obliczem mordu jest egzekucja inteligencji, której to mechanizmy wplecione były z kolei w przedstawienie "Summit 2.0" TDÓ. Mechanizmy kontroli umysłów, kreowania sztucznej rzeczywistości, skupianie uwagi widzów (przekształcona forma społeczeństwa) na pożądanych elementach, manipulacja. Sprzyjała temu świetnie zaprojektowana sytuacja, w której publiczność i wykonawcy nie dzieliła żadna scena. Ogromne konstrukcje poruszały się wśród ludzi, obsługa techniczna tylko pokrzykiwała, ustawiała etc. Uczestnictwo było właściwie na granicy uwięzienia w tej sytuacji.


Nie mam zamiaru podsumowywać niczego w tej chwili. To zbyt żywe dla mnie doświadczenie. Zostawiam ten obraz takim jaki jest.


Cykl: Rysunki na testowych wydrukach. Patrioci. 2016 dzięki esk


środa, 10 sierpnia 2016


"przewrót w kulturze" 2016

"obiekt 1" 2016

"Małgo" rzeźba 2016


wtorek, 9 sierpnia 2016

ołtarz #1


"zakończenie sezonu mistycznego" 2016

czwartek, 4 sierpnia 2016

transformacje

"rozwinąłeś się jako hybryda"
kolaż, 2016

czwartek, 26 maja 2016

rysunki bez znaczenia

"męskość"

 "zmarnowana szansa"

 "szczęście"

piątek, 22 kwietnia 2016

bez składu o muzyce

Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z tego, że unikam żeńskich wokali. Właściwie poza kilkoma przykładami (o czym właściwie jest ten wywód) kobiety w muzyce mnie nie interesują. Nie potrafię nawet tego jakoś logicznie uzasadnić.. ma to pewnie coś wspólnego z obrazem gwiazd pop kręcących częściami intymnymi jak striptizerki, wyśpiewując przy tym wspaniałe frazy o miłości, smutku, generalnie bardzo życiowe teksty (nie zapominając o wywijanie młynków).

Ale nie zawsze tak było. Jako dziecko hymnem z vinyla była dla mnie piosenka Edyty Geppert "Kocham cię życie". Moja siostra była strasznie tym faktem zirytowana, gdyż jako posiadaczka gramofonu i wspomnianej płyty miała ze mną przesrane. Dochodziło do sytuacji, w której stałem pod zamkniętymi drzwiami do jej pokoju i krzyczałem: "puść tom pyte".

Później długo długo nic (znaczy się w Black Metalu raczej ciężko o wokalistki). Aż w szkole średniej trafiłem na płytę Neurosis & Jarboe. To był strzał... hipnotyczne rytmy i doskonały wokal. Do tej pory jest to jedna z moich ulubionych płyt, a Jarboe pozostaje jedyną artystką od której wziąłem autograf.

Diamanda Galas - tu nic nie napiszę, bo po co?

Po drodze było jeszcze kilka pań np. Beth Gibbons.

Junko - moja ostatnia fascynacja znana np. Hijokaidan już nawet nie śpiewa. Generuje dziki krzyk. Nie potrzeba niczego więcej.




sobota, 2 stycznia 2016